Wybierz miasto:

Wersja PL Wersja EN

Weekend w Małopolsce - pomysł na wakacje z dziećmi

2021-04-14

Cześć, mam na imię Wojtek, mam 5 lat i w tym roku poszedłem po raz pierwszy do przedszkola. Mam młodsze rodzeństwo – 3-letniego Antosia i 1,5 roczną Zosię. Od małego niemowlaka uwielbiam podróże samochodem. Będąc jeszcze w brzuchu mamy pojechaliśmy na Chorwację, ale niestety nic nie pamiętam :(

W tym roku ze względu na pandemię, nie mogliśmy sobie pozwolić na dalsze podróże, więc postawiliśmy na wycieczki we własnym gronie i w naszym pięknym regionie – Małopolsce.

 

Opiszę wam nasz weekendowy wypad, bo wcale nie trzeba wyjeżdżać gdzieś daleko, by zapewnić nam najwspanialszy czas, a najlepszy jest ten spędzony wspólnie z rodziną :) Nieważne gdzie, ważne, że razem.

 

 

W sobotni poranek wyruszyliśmy na południe od Krakowa – w stronę największej wsi w Polsce – Zawoi. Udaliśmy się do Wodospadu na Mosornym Potoku, który jest jedną z ciekawszych atrakcji na obszarze Zawoi. Zaparkowaliśmy samochód ma asfaltowej drodze i ruszyliśmy w stronę lasu. Po około 25 minutach weszliśmy na polną drogę i przekroczyliśmy mostek nad Mosornym Potokiem.  Woda i las to dla nas, jako dzieci najlepsza atrakcja. Szlak wkroczył do lasu i prowadził dalej leśną drogą. Idąc w górę słuchaliśmy szumu Mosornego Potoku płynącego w leśnym wąwozie, kilkanaście metrów poniżej szlaku. Przed zejściem do Wodospadu, pobrodziliśmy troszkę w potoku , dalej zeszliśmy stromym zboczem, trzymając się drewnianych poręczy. Wodospad nas oczarował! Razem z bratem udało się nam nawet zbliżyć do niego wyciągając ręce by poczuć spadające kropelki.  Coś niesamowitego! 

Wracając w dół do samochodu, mojego brata zaciekawiły belki drzew ustawione jeden na drugi tworząc wysokie stosy. Nie mogliśmy się oprzeć i wykonaliśmy pamiątkowe zdjęcie.

 

 

Pojechaliśmy dalej w stronę wyciągu na Mosorny Groń. Moja siostrzyczka jest za malutka na taki wyjazd na szczyt, więc mój tata postanowił zostać z nią przy parkingu, a ja z Antkiem i z mamą usiedliśmy na krzesełkach, które poszybowały w górę. To była dla nas nie lada atrakcja, będąc tak wysoko jak korony drzew. .Mama trzymała nas mocno, a my podziwialiśmy zjeżdżających z góry rowerzystów, turystów powoli wspinających się na szczyt czy rozciągający się w dal las. Kiedy dotarliśmy na szczyt ukazała się nam ona – królowa Beskidów – Babia Góra. Oczywiście nie moglibyśmy wrócić bez zdjęcia z nią w tle.  Pozwiedzaliśmy trochę punkt widokowy i wróciliśmy do taty i Zosi.

 

 

 

Będąc w tym miejscu chciałbym Wam krótko opowiedzieć jak jest tam wspaniale zimą.  W inną, zimową niedzielę wybraliśmy się tam na sanki.  Zabawa murowana! Razem z Antosiem zjeżdżaliśmy z góry sztucznie ośnieżanej koło wyciągu, a Zosia brodziła w zaspach śniegu. Miejsce idealne, ponieważ blisko znajduje się parking, gdzie mogliśmy szybko schować się w samochodzie i ogrzać po śnieżnych harcach.

 

Po południu, po krótkim wypadzie do Zawoi, ruszyliśmy w drugie docelowe miejsce – Żywca. To prawdziwe centrum rekreacji, pełne atrakcji dla dzieci. My mając niewiele czasu postawiliśmy na rowerki wodne.  Mama spacerowała wzdłuż wybrzeża, a ja, tata i Antoś założyliśmy kamizelki ratunkowe i popłynęliśmy w głąb jeziora. Pływając po Jeziorze Międzybrodzkim, podziwialiśmy loty szybowców z pobliskiego lotniska u podnóży góry Żar. Antoś był wniebowzięty, ponieważ to był jego taki pierwszy rejs po wodzie. Wokół jeziora było mnóstwo wędkarzy, mijaliśmy panów na windsurfingach, skuterach wodnych, łódkach a nawet żaglówkach. Na koniec dnia przejechaliśmy na drugą stronę Jeziora Żywieckiego, tata wyjął z samochodu rowery dla mnie i Antosia i ruszyliśmy wokół zbiornika wodnego. Jechaliśmy cały czas utwardzoną ścieżką rowerową, skąd rozpościerał się piękny widok na zaporę, górę Żar oraz całe Jezioro Żywieckie. W pobliżu ścieżki przygotowane zostały miejsca postojowe z ławeczkami i stojakami rowerowymi, więc warto było tu zatrzymać się i przez chwilę rozkoszować pięknymi widokami. 

 

 

 

W niedzielny, trochę chłodniejszy poranek wyruszamy w trasę bliską naszego miejsca zamieszkania. Pierwszy przystanek – Lanckorona, miejscowość leżąca nieopodal Kalwarii Zebrzydowskiej, na zboczu góry. Umiejscowienie tej wsi jest niezwykłym atutem, ponieważ rozpościera się z niej przepiękny widok na Babią Górę, Kraków, klasztor w Kalwarii. Zaparkowaliśmy samochód w rynku, gdzie znajdują się XIX wieczne domy, przenosząc nas chwilowo w czasie. Wspinamy się w górę, w kierunku ruin zamku. Droga do niego prowadzi przez las. Część drogi pokonaliśmy z Antosiem na rowerach, Zosia w wózku, potem góra była tak stroma, że nie mogliśmy upchać rowerów w górę, więc zostawiliśmy je na uboczu, by potem wracając zabrać je z powrotem.

 

 

 

Ruiny zamku bardzo nas urzekły, w głowie zacząłem wyobrażać sobie jak kilkaset lat temu mógł wyglądać zamek. Czy miał lochy? Salę balową? Mnóstwo pokoi? Tata pilnował Zosi, by nigdzie nie wpadła, a my z braciszkiem i mamą udaliśmy się na mury i penetrowanie pozostałości zamku. Przejrzeliśmy każdy zakamarek, udając małych rycerzy walczących na miecze. Na sam koniec zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie z murów. Zeszliśmy z ruin i przez chwilę jeszcze spacerowaliśmy wokół, nasłuchując odgłosów z otaczającego nas lasu.

Wracając z góry musieliśmy bardzo uważać by za bardzo się nie rozpędzić, ale tata nas pilnował :) Zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy na północ.

 

 

 

Ostatni punkt naszej weekendowej wycieczki to największa piaskownica jaką widziałem – Pustynia Błędowska.  Jedyna taka w Europie. Dla zwiedzających dostępne są 3 punkty widokowe, my wybraliśmy jeden – Różę Wiatrów. Zaparkowaliśmy na parkingu, skąd drogą utwardzoną (to ważne bo bez problemu można do pustyni dojechać wózkiem dziecięcym i rowerami) dotarliśmy do celu. Na miejscu zastaliśmy kilka połączonych ze sobą altan, tarasy widokowe, molo długie na 40 m, ławki oraz tablice informacyjne, z których dowiedzieliśmy się mnóstwo rzeczy (przede wszystkim jak powstał ten cud natury u nas w Polsce).  Radość moja, Antosia i Zosi nieopisana. Rzuciliśmy się, pomimo chłodu, w piaskowe wydmy. Wywracaliśmy się, zbiegaliśmy z pagórków, budowaliśmy budowle – i to wszystko na najprawdziwszej pustyni! Pospacerowaliśmy godzinę, bo czas nas gonił i powoli kończyliśmy naszą rodzinna wyprawę.

Wycieczka była dla nas niesamowita. Udowodniła nam, że wcale nie musimy daleko wyjeżdżać, by się wspaniale bawić i poznawać nowe miejsca. To była dla nas niekończąca się przygoda, mamy nadzieję, że nowy rok 2021 przyniesie nam również wiele wspólnych wypraw i wspaniałą, rodzinną zabawę. Pozdrawiam wszystkich ze zdjęcia z mojego ulubionego miejsca z tego weekendu.

 

 

Autorka zdjęć i tekstu -Natalia Ostrogórska- uczestniczka konkursu wakacyjnego Poleć i Wygraj Wakacje

 

 

Zapisz się do newslettera

Zapisz się do naszego newslettera, a otrzymasz PDF „Miejsca przyjazne dzieciom i rodzicom”.

Zapisz się do naszego newslettera, a otrzymasz PDF „Miejsca przyjazne dzieciom i rodzicom”.